Jak wychować dziecko i nie zbankrutować. Jak wybrać najlepsze produkty dla swojej pociechy i nie dać się zwariować.

IDYLLA CIĄŻOWA

SHARE
, / 1932 3
Jak prawie każda kobieta nie mogłam się doczekać kiedy będę w ciąży, moje wyobrażenie wyglądało mniej więcej tak: będę leżeć cały dzień, jeść co mi do ręki wpadnie, obżerać się czekoladą i lodami, bo mi wolno i zrzędzić tłumacząc się hormonami. Moje rozczarowanie było ogromne… moja pierwsza ciąża była pasmem stresu, zamartwiania się i poświęceń🙂.

Zaczęło się dosyć niewinnie, w oczekiwaniu na przyjazd „cioci” oczywiście musiałam się rozchorować, żyjąc nadzieją, że opóźnienie wynika z ciąży a nie z choroby zgodnie z treścią ulotek nie stosowałam żadnych leków i tak się męczyłam jakiś tydzień, aż pojawiły się dwie magiczne kreski na teście🙂. Byłam w ciąży🙂 od razu chwyciłam telefon i zadzwoniłam do ginekologa, położna umówiła mnie za dwa tygodnie, twierdząc, że wcześniej i tak nie ma sensu. Kiepsko te dwa tygodnie wspominam… każde najmniejsze ukłucie, ból w okolicach podbrzusza napawało mnie strachem, że coś się złego dzieje, nawet jak ginekolog mnie uspokoiła, że to normalne, bo macica robi sobie miejsce i się rozciąga i tak czułam niepokój – tak chyba już jest przy pierwszej ciąży, szczególnie jak się trafia po kilku miesiącach niepowodzeń.
Starając się mimo wszystko wyciszyć, zaczęły się pierwsze ciążowe objawy – nudności, było trochę jak na filmie🙂, niespodziewane bieganie do kibelka na początku mnie nawet cieszyło, bo to takie ciążowe🙂 do momentu jak nie przeczytałam, że to mija dopiero po 12 tygodniu. Szybko policzyłam, że czeka mnie dwa miesiące rzygania i już do śmiechu mi nie było. Po dwóch miesiącach braku apetytu szykowałam się w końcu na to obżarstwo i zachcianki do póki nie dostałam literatury u lekarza na temat odżywiania się w ciąży, no i zamiast poddać się błogim pokusom to zaczęłam dbać i o siebie i rosnące we mnie maleństwo – pięć posiłków dziennie, owoce, warzywka i dużo wody, unikałam wątróbki i surowego mięsa. Czasem pozwoliłam sobie na szaleństwo, żeby nie zwariować i cieszyć się ciążą, chociaż zadziwiające było, jakiej zmianie uległy moje priorytety🙂.
Kolejny ciążowy grzech: lenistwo – i to mnie niestety minęło, na życzenie mojego skarba, którego ułożenie w brzuszku powodowało, że kiedy za długo leżałam to drętwiały mi biodra, a czasem tak mnie uciskał, że w środku nocy musiałam godzinę chodzić po pokoju aż mi przeszło🙂. Po za tym nagle się okazuje, że trzeba tyle rzeczy zrobić zanim ta osóbka pojawi się na świecie, więc ciągle miałam coś do roboty a wraz z upływem czasu i przypływem kilogramów wszystko zajmowało mi znacznie więcej czasu. Generalnie przez te „magiczne” 9 miesięcy ciągle jakieś atrakcje: skurcze macicy, infekcja, wieczne badania (krew, glukoza, badania prenatalne – oczekiwanie na wyniki badań zawsze powodowało niepokój), anemia, z czasem niebezpiecznie kurcząca się lista pozycji do spania i coraz częstsze wizyty w toalecie, co gorsza w nocy🙂. Jeszcze nigdy w moim życiu nie chodziłam tyle do lekarza i nie brałam tylu tabletek (witaminki, kwas, na rozkurczenie macicy, infekcje itp.,) a mówi się, że w ciąży nic się nie powinno brać🙂. Mimo wszystko, nieraz słuchając opowieści innych mam uważam się za szczęściarę, ciąża nie była zagrożona, większość badań miałam w porządku, uniknęłam infekcji dróg moczowych i opuchnięcia w ostatnim trymestrze, przytyłam książkowe 10 kg i uniknęłam rozstępów.
Na szczęście na te wszystkie niedogodności jest niesamowity plasterek miodu w postaci bicia serduszka, pierwszego i każdego następnego kopnięcia i widoku małego człowieczka na usg a potem ujrzenia go na świecie. Dla tego warto znieść wszystkie drobne niedogodności;) i cieszyć się, że w następnej ciąży będzie to dla nas chleb powszedni.

Napisz Odpowiedź