Jak wychować dziecko i nie zbankrutować. Jak wybrać najlepsze produkty dla swojej pociechy i nie dać się zwariować.

POCZĄTKUJĄCY RODZICE TO IDIOCI!

SHARE
, / 1144 4

To generalnie opinia starszego pokolenia i osób już doświadczonych w bojach z dziećmi. Mimo, że nikt tego głośno nie mówi, tak właśnie traktuje się początkujących rodziców, a jeśli do tego są jeszcze młodzi, bądź młodo wyglądają to są idiotami do kwadratu🙂. Wielki Brat Patrzy – tak zapewne czuje się każda świeżo upieczona po raz pierwszy mama, począwszy od najbliższego otoczenia, poprzez panią w sklepie, kończąc na babciach na placu zabaw, wszyscy patrzą jej na ręce i obserwują jak sobie radzi w tej nowej roli. I niech sobie patrzą, gorzej jednak, jeśli postanawiają te poczynania komentować i doradzać.

Jeżeli zdarza się to często, a szczególnie w najbliższej rodzinie, to piękne macierzyństwo przeradza się w ciągłą walkę o udowadnianie swoich racji, odwiedziny stają się koszmarem, tworzą się niepotrzebne konflikty, a czasem mamy tracą pewność siebie i zamiast cieszyć się nową życiową rolą, to zastanawiają się czy na pewno jej podołają. Jednak czy te rady i komentarze na pewno mają jakieś podstawy? Jestem mamą początkująca, ale już nie taką młodą (już niedługo mi stuknie trzydziestka), decyzje o macierzyństwie podjęłam świadomie i w miarę możliwości starałam się do tej roli przygotować (czytając dostępną literaturę, chodząc na szkołę rodzenia, wysłuchując opowieści innych mam). Przygotowania te pozwoliły mi przyjąć pewne zasady, według których chce wychować swoje dziecko i połączone z instynktem macierzyńskim wydaje mi się, że w zupełności wystarczają żeby być dobrą matką. Czym więc zasłużyłyśmy sobie na te ciągłe uwagi: taki mały i smoczek…, a nie jest on za lekko ubrany…on na pewno jest głodny…, wychowałam tyle dzieci, że wiem lepiej…, może pasuje tu powiedzenie „nie pamięta wół jak cielęciem był”. Nie bardzo rozumiem skąd to przeświadczenie, że ktokolwiek zna nasze pociechy lepiej niż my, wie lepiej, co dla nich jest dobre czy kiedy są głodne. Nigdy nie zapomnę jak byłam na spacerze z moim miesięcznym synkiem i mężem, ulice od domu mały się obudził, a ponieważ była to jego pora posiłku to dosyć dobitnie zaczął się domagać jedzenia, no i staliśmy się atrakcją osiedla🙂. Przyspieszyliśmy kroku, aby jak najszybciej udać się do domu i spełnić żądanie małego terrorysty, kiedy nagle dostaliśmy od pewnej, zupełnie obcej babci radę: „Takie maleństwo to trzeba przytulić”. Ciśnienie mego męża osiągnęło niebezpieczny poziom, a ja w duchy sobie pomyślałam z ironią (po serii wulgaryzmów🙂): No, tak matka idiotka nie wpadła na to, że dziecko trzeba przytulić, bo co ja tam mogę wiedzieć, na pewno nie to, że moje dziecko jest głodne a wyciąganie go z wózka i przytulanie przeciągałoby tylko jego agonie🙂.
Szczerze wydawało mi się, że może z czasem to po prostu minie, starsze dziecko, bardziej doświadczona mama… Niestety takie zrzędzenie przechodzi tylko ewolucje i jest coraz gorzej. Po kilku miesiącach zwykłego ignorowania tych uwag, widząc, że nie ma odzewu, zaczynają się przemowy do dziecka. „Oj, ty pewnie głodny, a oni ci jeść nie dają…”, „Mama ci za małą koszulkę ubrała, ludzie pomyślą, że nie masz, w czym chodzić”, „Biedaku buzie Ci smoczkiem zatkali”, „Ja bym Ci to dała, ale twoja mama mi nie pozwala”. Mam czasem wrażenie, że wbijanie takich małych igiełek to ulubiona rozrywka tych „doświadczonych”.
Największa jednak „jazda bez trzymanki” zaczyna się przy rozszerzaniu diety, bo ja naprawdę nie wiem, co te małe słodkie usteczka mają w sobie, że każdy chce do nich coś wcisnąć🙂. „Daj mu kluskę, nic mu będzie”, „dziecko MUSI wszystko skosztować”, „porządnego rosołu mu trzeba, a nie tam te słoiczki”, „moje dziecko to w jego wieku już z nami jadło” i mój osobisty faworyt: „wszyscy jedzą, a tobie biedaku nie dają, ty też byś chciał”. No pewnie, że by chciał, mój smyk chce generalnie wszystko, co na talerzu, czy w buzi dorosłego, jakby ktoś jadł gwoździe to też by chciał skosztować. Generalnie nie widzę powodów, dla których ktokolwiek miałby się martwić kubkami smakowi dziecka, bardziej niż jego rodzice i uszczęśliwiać go na siłę.
Niestety tak to już bywa, ponoć to normalna kolej rzeczy. Żyje tylko nadzieją, że uwagi te w większości przypadku wynikają z dobroci serca, choć nie łatwo mi to przychodzi. Bo na litość boską, urodzenie dziecka nie wiąże się przecież z utratą rozumu!. Trochę więcej wiary i zaufania dla początkujących rodziców. Zrozumiałe jest to, że ego osób, które wychowały dwójkę czy trójkę dzieci osiąga ogromne rozmiary w tej dziedzinie, ale swoją szanse już mieli i miło by było gdyby innym szansy tej nie odbierali. W końcu to rodzic ponosi odpowiedzialność za dziecko i swoje decyzje, a nie „wujek dobra rada”.
Podsumowując, poprosiłam mojego męża, że jeśli za trzydzieści lat dane mi będzie być taką wymądrzającą się babcią (z racji mojego charakteru jest to mocno prawdopodobne), ma wygrzebać ten tekst i dać mi go do przeczytania🙂.